dodano , Redakcja PS

Superżywność przyszłości czy puszka Pandory? GMO pod lupą Katarzyny Lisowskiej

Ma pomóc pokonać głód na świecie, wspomóc rolników w walce z chwastami i sprawić, że produkty do tej pory luksusowe staną się powszechnie dostępne. Ale czy chleb z pszenicy GMO na pewno jest bezpieczny? A może to biznes, który dba tylko o interesy producentów?

Warto zadać sobie te pytania, gdyż już wiele półproduktów jest produkowanych na bazie roślin GMO, a zdaje się, że czeka nas ich przypływ…

Każdego roku do Polski sprowa­dzane jest około 2,5 miliona ton zboża (soja, kukurydza, rzepak), pochodzi ono zazwyczaj z USA i Argenty­ny, ale i innych zakątków świata. W ponad 90 proc. to rośliny modyfikowane gene­tycznie – informuje Koalicja Polska Wol­na od GMO. Zanim jednak świat usłyszał o żywności GMO i zaczęto spekulować na temat racji jej bytu na polskich sto­łach, Katarzyna Lisowska od dawna mody­fikowała genetycznie organizmy w zaciszu gliwickiego laboratorium. I nigdy nie miała wątpliwości, że to, co robi, jest dobre. Pra­cuje bowiem na mikroorganizmach, takich jak bakterie czy izolowane komórki nowo­tworowe, badając zależność powstawania różnych typów raka. Cel jest jeden – zna­leźć lekarstwo na raka.
Dopiero gdy ok. 20 lat temu pojawiła się żywność modyfikowana genetycznie, pro­fesor Lisowska zaczęła mieć pewne wątpli­wości co do tej metody. Dlaczego? Przecież wszystko wskazuje na to, że również w rol­nictwie i produkcji żywności GMO ma wspo­móc sektor i ułatwić pracę producentów. Zapytaliśmy panią profesor, co wzbudza takie kontrowersje w GMO i dlaczego jest ona przeciwniczką stosowania mutacji w żywności.

 

Korzenie roślin GMO
Żeby móc wypowiedzieć się na temat żyw­ności GMO, trzeba zacząć od korzeni. Nie rośliny, a samej idei modyfikowania żyw­ności. Musimy cofnąć do lat 80. XX wieku. Wtedy to w USA zaczęto hodowlę pierwszej rośliny uprawnej modyfikowanej genetycz­nie. Był to tytoń. Dopiero w latach 90. upowszechniła się transgeniczna soja. W 1994 r. dopuszczono do spożycia pierwszą roślinę GMO – pomi­dor Flavr Savr (dziś już wycofany). I zaczęły się kontrowersje. Wątpliwości wzbudzał nie tylko sposób, w jaki otrzymuje się żywność GMO, ale również ci, którzy za tym stoją. Nie jest tajemnicą, że za produkcją więk­szości nasion GMO stoi firma nie z branży rolniczej, a od lat zajmująca się chemika­liami przemysłowymi. Monsanto to firma, o której świat usłyszał przy okazji wojny w Wietnamie.

To właśnie podczas inwazji na Wietnam amerykańska armia korzystała z wypro­dukowanego przez Monsanto, silnie trują­cego, toksycznego środka o nazwie Agent Orange. W wyniku jego stosowania do dziś na terenach nim skażonych przychodzą na świat dzieci z poważnymi wadami wro­dzonymi. A toksyczne efekty dotknęły nawet tych, którzy mieli z nim znikomą styczność. Dziś Monsanto to gigantyczny koncern, który prócz GMO zajmuje się pro­dukcją środków owado- i chwastobójczych, a także nadal wytwarza na skalę światową chemikalia: detergenty, smary i oleje, płyny hydrauliczne i inne. Pytanie, jakie nasuwa się samo nawet po bardzo powierzchow­nym zapoznaniu się z jej profilem, brzmi, czy firma, która pro­dukuje zatruwające środowisko chemikalia, może wytwarzać coś naturalnego i zdrowego?

   
 

GMO  (ang. genetically modified organism)
– organizm zmodyfikowany genetycznie, czyli taki, którego genom został zmieniony metodami inżynierii genetycznej w celu uzyska­nia nowych cech fizjologicznych (lub zmiany już istniejących). Najczęściej modyfikacja polega na wszczepieniu do genomu fragmentu DNA z innego organizmu, który odpowiedzialny jest za daną cechę.

 

 

Na ratunek światu
Zacznijmy od tego, które rośliny wytwarza się metodą GMO. Na wielką skalę produkuje się tak zaledwie 4: soję, bawełnę, rzepak i kukurydzę. Jednak samą metodę testuje się na wielu innych gatunkach roślin uprawnych. Na wczesnym etapie eks­perymentów z GMO pojawił się w sklepach pomidor (pierwszy produkt GMO wprowadzony do sprzedaży), który został wycofany ze względu na brak zainteresowania ze strony konsumentów. Podobnie było z bakłażanem i ryżem, który miał być uprawiany w Indiach, ale wskutek społecznych protestów nie został do­puszczony do uprawy.

W lutym br. w Wielkiej Brytanii rząd dał zielone światło na stwo­rzenie eksperymentalnej plantacji transgenicznej pszenicy. Ponad 30 grup tzw. „zielonych” już protestuje. Zwykły konsument nie bardzo jest zainteresowany takim produktem. Dlaczego? Przecież ci, którzy produkują nasiona GMO, jednym tchem wymieniają liczne zalety takich roślin. Po pierwsze, podkreśla się, że są od­porne na szkodniki, które przynosiły milionowe straty rolnikom. Można też modyfikować poszczególne aspekty samych roślin, tak by, np. przechowywane na sklepowych półkach, nie psuły się. Pszenica, nad którą pracuje się w Hertfordshire, ma z kolei bardziej efektywnie wykorzystać światło słoneczne i podobno zwiększyć plony nawet o 40%. Według producentów nasion bę­dzie się to przekładać nie tylko na grubszy portfel rolników, ale też pomoże w walce z głodem w najuboższych regionach świata. Pozostają jednak dwa zasadnicze pytania: dlaczego do tej pory w Afryce nikt jeszcze nie widział żywności GMO. I po drugie: czy taka żywność nie ma efektów ubocznych?

Króliki doświadczalne
Konsumenci chętnie kupują dorodne warzywa, soczyste i nie­robaczywe owoce, ale w badaniach opinii publicznej większość deklaruje, że nie kupowałaby produktów modyfikowanych gene­tycznie. Czyżby ktoś im powiedział, że to trująca żywność? Wręcz przeciwnie. Rzadko który autorytet wypowiada się definitywnie w tej kwestii. Skąd więc ta nieufność? Zdaje się, że to nie tylko strach przed nieznanym, ale naturalny instynkt ostrzegający nas przed tym, co nienaturalne.

I coraz częściej okazuje się, że są ku temu powody. Naukowcy niechętnie wypowiadają się w tej kwestii, ponieważ wciąż upłynął zbyt krótki czas na to, by ewentualne efekty uboczne ujawniły się w całej okazałości. – Przeanalizowaliśmy z moim doktorantem wyniki badań z wielu laboratoriów, które badały wpływ paszy modyfikowanej GMO na zdrowie zwierząt. Co prawda, nie było żadnych alarmujących sygnałów. Jednak po wnikliwym przyjrze­niu się tabelom z wynikami widać, że są nieznaczne odchylenia od normy, widoczne np. w parametrach krwi, próbach wątrobo­wych, itp. – mówi prof. Katarzyna Lisowska. Wyjaśnia, że efekty spożywania żywności GMO mogą się ujawniać po długim cza­sie, tak jak w przypadku palenia tytoniu. – Mówimy tu o tzw. chronicznej toksyczności. Nikt nie umiera od zapalenia jedne­go papierosa, ale po latach palenia płuca osoby uzależnionej są w krytycznym stanie – ostrzega.

Czy tak rzeczywiście będzie? Okaże się dopiero za kilkadziesiąt lat. Niestety w tym wypadku eksperyment prowadzi się nie w ściśle zamkniętym środowisku badaw­czym, jakim jest laboratorium, a na śro­dowisku naturalnym. I to nie na szczurach albo mikroorganizmach, lecz na człowieku. I tu zaczyna się problem, nie tylko etycz­ny. – Środowisko jest żywym organizmem, którego nie da się w pełni kontrolować. To, co zrobimy, może być nieodwracalne. Bo raz zasiane ziarno do nas nie wróci, tylko będzie na zawsze częścią środowiska – wyjaśnia prof. Lisowska. – U roślin, któ­re zapylają się krzyżowo, może nastąpić „przepylenie” GMO. I może to dotyczyć zarówno dzikich roślin, ale tych uprawnych konwencjonalnych. Dziś np. rzepak trans­geniczny rośnie wszędzie, nawet w miej­scach, gdzie się go nie uprawia. Co będzie dalej? Nikt tego nie wie, ale wygląda na to, że puszka Pandory już została otwarta… – konkluduje pesymistycznie.

   
 

Najczęściej uprawiane rośliny GMO
• soja
• kukurydza
• bawełna
• rzepak

Produkty, w których wykorzystuje się rośliny GMO
• pasze do zwierząt
• biopaliwa
• syrop glukozowo-fruktozowy (z kukurydzy GMO)
• wędliny (dodatek białka sojowego)
• jogurty
• Oleje roślinne (kukurydziany, sojowy, rzepakowy, tłoczone z ziarna GMO)
• sos sojowy, kotleciki sojowe, inne wyroby sojowe
• płatki zbożowe
• margaryny
• czekolada (lecytyna sojowa)
• majonez (olej z ziarna)

Uwaga: Jeżeli składnik GMO przekracza 0,9%, musi być podana informacja na opakowaniu

 

 

Super chwasty – wina GMO?
Wszystko wskazuje na to, że „superchwa­sty” to nie tylko literacka przenośnia uży­ta na wyrost. Rośliny GMO, które zosta­ły zmodyfikowane tak, aby móc przeżyć opryski środkami chwastobójczymi, miały być ułatwieniem pracy rolnika – stosujemy oprysk, po którym chwasty giną, a nasze transgeniczne upra­wy dalej pięknie rosną, bo są na to odpor­ne. Jednak zagraniczne portale i gazety coraz częściej donoszą o kolejnych plan­tacjach roślin GMO, które zostały znisz­czone przez… chwasty! Jak to możliwe? Okazuje się, że natura jest mądrzejsza niż twórcy GMO. Chwasty zaczęły samo­istnie modyfikować się genetycznie, tak by stać się odporne na herbicydy, które miały je zwalczać. Zamiast więc nowo­czesnej technologii upraw GMO, właści­ciele pól najmowali ludzi, by ręcznie się pozbywać chwastów. Naukowcy nie mają dziś wątpliwości, że taki model rolnictwa – uprawy roślin GMO odpornych na środki chwastobójcze, przyczynił się do narasta­jącej plagi odpornych „superchwastów”.

Ale to nie chwasty mogą stanowić najwięk­sze zagrożenie. Około 80% światowych upraw GMO to właśnie rośliny odporne na herbicydy – są opryskiwane kilka razy w sezonie wegetacyjnym, a substancje chwastobójcze kumulują się w ziarnie. – Te środki do niedawna uważane były za stosunkowo bezpieczne, ale coraz wię­cej obserwacji wskazuje, że mogą one być bardziej szkodliwe, niż sądzono. Wciąż po­trzeba badań w tym kierunku, ale może się okazać, że szkodliwość roślin GMO wynika nie z samego faktu modyfikacji genetycz­nej, ale z nadużywania środków chwa­stobójczych w tych uprawach. – Same modyfikacje transgeniczne też budzą wąt­pliwości. Zwłaszcza gdy chodzi o organi­zmy nie tylko roślinne – podkreśla prof. Lisowska. Świat już przywitał takie organi­zmy. Pierwszym transgenicznym zwierzę­ciem była mysz z wbudowanym sztucznie genem kodującym ludzki hormon wzrostu. I urosła do wielkości szczura.

 

Wyniki tego eksperymentu spodobały się niektórym biznesmenom. Firma AquaBo­unty w 2016 r. uzyskała oficjalne pozwole­nie na hodowlę łososia z genem hormonu wzrostu. W zamkniętych basenach pły­wają osobniki jednej płci (by nie doszło do skrzyżowania) po to, by trafić do restauracji i na talerz konsu­menta. Mimo, że na stronie firmy znaj­dziemy listę zalet mięsa transgenicznego łososia, konsumenci są sceptyczni. Ryba jest wielokrotnie większa, niż jej natural­ny krewniak, a w jej kodzie genetycznym został sztucznie zmieniony jeden z ele­mentów.W wyniku takich eksperymentów w organizmie transgenicznym mogą się pojawić zupełnie nowe białka o niezna­nej funkcji, które najczęściej mogą mieć wpływ, np. na alergie u ludzi. Największe obawy budzi jednak wizja krzyżowania się zmutowanych zwierząt z tymi konwencjo­nalnymi. Podobno łososie GMO są bez­płodne… ale na wszelki wypadek wolno je hodować tylko w zamkniętych base­nach śródlądowych. To budzi pewne po­dejrzenia...

Zmodyfikowany świat
Czy konsument przyjmie zmodyfikowa­ną żywność? Póki co, wszystko wskazu­je na to, że podchodzi do jej spożycia z dużą ostrożnością. Może jednak się oka­zać, że wkrótce nie będziemy mieli wy­boru w kwestii tego, co jemy. W Europie przepisy wymagają podawania oznaczeń na opakowaniu, jeżeli produkt zawiera więcej niż 0,9% GMO. Ale już w USA produktów transgenicznych nie trzeba oznaczać – bo to podobno „nie­uczciwa konkurencja”. Ale czy w rzeczy samej uczciwi są sami producenci żywno­ści GMO? – To przede wszystkim ogromny biznes – mówi prof. Lisowska. – Biznes, który wykorzystuje luki w prawie oraz na­rzędzia socjotechniki, by przekonać spo­łeczeństwo o tym, że to, co robi, jest do­bre – kończy.
Czy trzeba tak bardzo zachwalać produkt, który jest sam w sobie dobry? Odpowiedź na to pytanie, tak jak i wybór produktów pozostawiamy Czytelnikom. Póki go jesz­cze mamy.
 
Aurora Czekoladowa
Konsultacje: prof. Katarzyna Lisowska

dr hab. Katarzyna Lisowska, profesor nadzwyczajny – absolwentka Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska Uniwer­sytetu Śląskiego w Katowicach. Doktorat obroniła przed radą naukową Instytutu Biochemii i Biofizyki w Warszawie w 1997 r., otrzymując tytuł doktora nauk biologicznych w specjalności biochemia. Habilitację uzyskała w Centrum Onkologii w Warsza­wie w 2008 r. (specjalność biologia medyczna). Laureatka licznych nagród naukowych. Od 2010 r. jest również członkiem Komisji ds. GMO przy Minister­stwie Środowiska. Udziela się jako dziennikarka obywatelska, jest autorką i współautorką ponad 40 publikacji naukowych.

Bieżące wydanie czasopisma

Bardziej pastry czy tylko chef? Maciej Rosiński opowiada, dlaczego warto połączyć kuchnię i cukiernię w jeden warsztat doskonałego smaku. Ponadto - dużo o chlebie, również tym sprzedawanym online, bio i takim, który tworzy jedyny w Polsce piekarz z dyplomem Le Cordon Bleu! Zobaczcie, co czeka na Was w nowym wydaniu!

Zobacz więcej
Bieżący numer

Polecamy przeczytać

Przejrzyj online Katalog reklam lub ściągnij na dysk (aktualny) PDF >>

Mistrz Branży

Maszyny i urządzenia do produkcji